SEREK

z pieca i z lodówki

Serniki. Mam z nimi problem.
Nie zmierzę się z zamiarem przełożenia przetestowanych
przepisów na ilość zużytego sera.
Szukałam ideału.
W procesach prób, testów, poczynań twórczych
i odtwórczych, eksperymentów z rodzajami
serów i tego, w co sery te są nakładane, przekładane, wylewane.
Z mego piekarnika lub lodówki wyłoniło się kilka sztuk ideałom bliskich.
Jednak nadal testuję.
To wina przypadłości, którą zdefiniować powinno się jako kompleks babci,
ciotki, praprzodka, którzy piekli cuda na wyczucie, na oko, z pamięci.
Nie doczekałam się jak dotąd opinii potwierdzającej fakt,
że do ideału się zbliżyłam. Ideałem jest sernik ciotki Józi :)
Tego wypieku z prodiża nie odtworzę.
Moje poszukiwania trwają.
Nie wiem, czy zakończą się na serniku kremowym - pieczonym, czy gotowanym. 
Czy na zastygającym w lodówce z żelatyną w masie.
W tym zakresie jest ideał - jeden niezdetronizowany dotąd sernik.
W cukiernianej czeskiej sieciówce, na pozór takiej jakich wiele, ale na pozór właśnie.
Zatem szukam, staram się i zapraszam.

Tylko ten zasługuje na główna stronę.
Sernik mojej szefowej. Byłej - od tygodnia.
Istnieją szefowie idealni.
Nieodżałowana strata. Osoba, której nikt nie zastąpi.
Cudowny szef. Cudowny człowiek.
I całkiem dobry cukiernik.
Dziękuję Małgosiu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz