DROŻDŻOWCE

czyli bez nerwów proszę

Popełniam grzech zaniechania.  To nie moja wina.

Sporo wysiłku włożyłam w wypieki z wykorzystaniem tych kapryśnych form życia.
W wypieki wiążące się z koniecznością niepewnego zaglądania pod ściereczkę,
chroniącą przed przeciągami rosnącą kulę.
Praca z drożdżówkami to rytuał o charakterze laboratoryjnym.
Wymagający. Cisza spokój, ciepło i czas.
Niestety, najtrudniej o ten ostatni.
Są sposoby na dokonanie oszustwa.
Ciasta nocujące w lodówce, na poranne pieczenie przeznaczone.
Składniki warstwowo układane, by po upływie kilku godzin
mieszać je niedbale i upiec.
Poświęćmy się jednak czasem, nadwyrężmy mięśnie, pozlepiajmy sobie palce.
Jedna z naszych rodzimych mistrzyń kuchennych wyczynów wspominała,
że w jej rodzinnym domu ciasto drożdżowe
( by w formie baby wielkanocnej na stole się zaprezentowało ),
wyrabianym było przez nieszczęsną seniorkę rodu, przez 8 godzin, może dłużej.
To ten wypiek, którego nie dane mi będzie docenić,
natomiast poświęcenie dziesięciu minut na kuchenny trening
rozciągająco - napinająco - rozkurczowo - zagniatający, nie jest wyczynem heroicznym.
Wracam często do przepisów sprawdzonych
- chałka wielkopiątkowa, rogale lodówkowe, paluchy słonecznikowe,
baba drożdżowa na wielkosobotnie śniadanie,
tarta drożdżowa z owocami, pączki tłustoczwartkowe i chleby.
Muszę postawić kropkę. Niestety.
Stałam się właścicielką maszyny do  wypieku pieczywa.
Niestety działa i to fantastycznie.
Pisząc to,  zaglądam właśnie co jakiś czas przez szybkę w pokrywce
- rośnie tam dzisiejsze śniadanie.
Mieszkam w miejscu, w którym  tradycje wypieku bezpolepszaczowego
kultywowane są w wielu piekarniach.
Mam możliwość krojenia wypieczonych bochnów pachnących i smakujących dzieciństwem.
A ja, przed wyborem stając co rano, wybieram bułkę. Grahamkę. Dyniową. Sojową. Orkiszową. Żytnią. Maślaną. Rogala. Chałkę. Plecionkę.
I drożdżówkę ( my bytomianie jemy kołoczki - no przecież! ).
Każdy z regionów ma tradycyjne, wyszukane, wyjątkowe gatunki pieczywa.
Piekarni i cukierni szlakiem błądzę, gdziekolwiek jestem.
Wstępuję, by próbować i żałować, że takowych w sąsiedztwie nie znajduję.
Największa ma tęsknota to sztangle i obwarzanki, proziaki i cebularze.
Podkarpacie kminkiem pachnące.
Bywam tam często. Przywożę, mrożę, odmrażam  i mam potrzebę by wrócić znów.
W Przemyślu,  w jednej z piekarni, wypiekany tylko we wtorki,  
sztuk kilka, pumpernikiel prawdziwy.
Los łaskawy, że Kraków tak niedaleki.
Obwarzanki są nie do przecenienia. Prawda?
Ale niestety tylko w opcji - stacjonarnie,  po krakowsku,  nie na wynos.
Czy mam prawo wskazywać, gdzie jedynie słuszne, zachwycające obwarzanki kupuję?
Nie powinnam.
Jest takie jedno miejsce, gdzie starszego Pana z wózkiem
z preclami wypatruję i na szczęście zawsze tam jest.

Aby bochenek ten kupić, trzeba do Przemyśla 
wybrać się we wtorek.
Pozostaje polowanie na tego rodzaju wypieki 
na litewskich jarmarkowych stoiskach.
Za rzadko mamy święta.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz