MUFFINY

  z kategorii "po macoszemu" 

No nic na to nie poradzę. Nie przepadam. Nie doceniam.
Nie czuję satysfakcji, nawet gdy z muffiny
o wzorcowym kształcie, osłonka papierowa odchodzi za jednym pociągnięciem.
Są piękne, z tymi swoimi dodatkami, posypkami, kremami,
ozdobami, kołderkami ze wszystkiego, co w masę zamienić jesteśmy zdolni i.. nic.
Jestem posiadaczką trzech, może czterech pozycji książkowych
poświęconych tym małym wypiekom..i nic.
Muffiny są wypiekiem ekspresowym,
a przy zastosowaniu trzech podstawowych wymogów zawsze się udają.
Bardziej lub mniej gąbczaste, puchate, płaskie, z górką.
Mogą kusić dodatkiem kakao, czekolady, orzechów, bakalii,
owocami i piernikową nutą dla tych, co piernik ponad wszystko cenią  ( patrz - autor ).
No i czasem daję im szansę, mieszam - suche, mokre, chlup.
Najczęściej ku pokrzepieniu serca córki, która z lubością wbija w babeczkę zęby,
systemem od góry do dołu, od dołu do góry, od boku do boku
( czy muffina ma boki, brzegi czy krawędzie? ), od dna do wierzchu.
Rozdaje je w szkole, bo przecież na drugi dzień ostatecznie zjedzone być powinny.
To ciastka dwudniowe. No i w szkole zamówienia zbiera na kolejne.
Zatem taki cykl tworzenia bez przekonania, od czasu do czasu odbyć się musi.
Jest jeden wyjątek. Znam miejsce, w którym muffinka do mnie przemawia i to skutecznie.
Delikatna, subtelnie waniliowa,
z kawałkami gorzkiej czekolady zatopionymi w swej puszystej strukturze.
Tamże zamawiam ją zawsze i zawsze czuję kompleks.
To to samo miejsce, w którym czuję zawstydzenie jedząc sernik na zimno,
o czym marudzę na stronach z sernikami.



    Muffina
    - kompleksów przyczyna.



    1 komentarz: