niedziela, 4 stycznia 2026

Piernik maksymalnie czekoladowy - dojrzewający


Możliwe, że tym wyjątkowym piernikiem zakończę zeszłoroczny, 
świąteczny sezon na tego rodzaju wypieki. 
Korzenne, pachnące cynamonem, goździkami i imbirem. 
Dzisiejsza propozycja pachnie dodatkowo czekoladą, kakao, miodem.
Spójrzcie na składniki - od spojrzenia zrobi się cieplej.
Ciasto dość proste w przygotowaniu, 
ale wymagające czasu na dojrzewanie. 
Im starsze, tym bardziej wyjątkowe. 
Piszę te słowa troszkę na wyrost, dając pierniczkowi kredyt zaufania,
bo jego kolejnej odsłony dokonam za dwa dni. 
Ale i tak śmiało polecam przepis wielbicielom pierników leżakujących,
staropolskich, koneserom dobrej czekolady i wytrawnych smaków. 
Z reguły po świętach miewam dylemat, jak spożytkować nadwyżkę czekolad, 
powstałą po rozpakowaniu świątecznych upominków. 
Tym razem część nadwyżki trafiła do piernika.
Sporo czekoladowych Mikołajów jeszcze czeka. 
Coś tam wymyślę.
A dziś - zachwalam tego miodowego czekoladowca i zapraszam na przepis.

Składniki:
proporcje na formę o rozmiarach 20 cm / 25 cm

200 gram gorzkiej czekolady - u mnie 64 % kakao
100 gram mlecznej czekolady - u mnie Milka
1 szklanka miodu - u mnie wielokwiatowy 
1 szklanka mleka 3,2 %
125 gram masła
2 jajka rozmiar L
1/2 szklanki cukru trzcinowego
1 płaska łyżka proszku do pieczenia 
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
3 łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki przyprawy piernikowej
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej lub zbożowej typu Inka
1/2 łyżeczki imbiru lub mielonych goździków
2 1/2 szklanki mąki pszennej tortowej
szczypta soli
opcjonalnie dodatki: pokrojone ulubione orzechy, 
posiekana drobno gorzka czekolada

Wykonanie:
Do dużej miski przesiewamy suche składniki - mąkę, 
przyprawy korzenne, kakao, kawę, sól, proszek do pieczenia i sodę. 
Odkładamy miskę na bok na czas przygotowania składników płynnych.
Do rondelka wkładamy masło, miód, drobno połamane czekolady, 
wlewamy mleko i rozpuszczamy całość, podgrzewając 
na małej mocy palnika, cały czas mieszając. 
Po połączeniu składników w jednolitą masę,
zestawiamy rondelek z palnika i studzimy 
( masa może pozostać lekko ciepła ).
Do oddzielnej miski wbijamy jajka, wsypujemy cukier 
i ubijamy na wysokich obrotach miksera na puszystą, 
białą, kremową masę - około 5 minut.
Do ubitych jaj wlewamy powoli czekoladową masę, 
początkowo miksujemy na wolnych obrotach,
pod koniec proponuję mieszanie łopatką lub łyżką, 
bo rozrzedzona masa może zacząć pryskać.
Teraz do czekoladowej bazy przesiewamy suche składniki
i miksujemy całość powoli, delikatnie i krótko, tylko do połączenia. 
Ciasto powinno być gęste, ale pozostać półpłynne.
Jeśli chcecie dodać orzeszki lub kawałeczki czekolady 
- dodajcie je teraz i delikatnie połączcie z ciastem.
Przelewamy gotową masę do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia 
i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 165 - 170 stopni, 
bez termoobiegu i pieczemy około 70 minut.
Po tym czasie sprawdzamy wykałaczką, czy wnętrze jest suche,
jeśli tak - wyłączamy piekarnik i zostawiamy ciasto wewnątrz, 
przy uchylonych drzwiczkach, na około 15 minut.
Po tym czasie wyciągamy i studzimy zupełnie.
Wystudzony piernik musi nabrać mocy, 
więc po wykrojeniu testowego kawałka, 
cały wypiek zawijamy w papier lub folię i odkładamy, by dojrzał. 
Po kilku dniach stanie się jeszcze bardziej intensywny - czekoladowy, 
miodowy, korzenny, miękki. Myślę, że minimalny okres leżakowania 
to trzy dni, ale warto zostawić go w szczelnym zawiniątku około tygodnia. 
Po tym czasie do perfekcji brakuje tylko jednego akcentu,
grubej warstwy polewy czekoladowej - u mnie z białej czekolady.
Polecam również mleczną, która złagodzi intensywny, wytrawny smak ciasta.
Mój piernik piekłam tydzień temu, by po trzech dniach 
był ciastem sylwestrowym, 
a po kolejnych kilku - ciastem na dzień Trzech Króli. 
Tak więc pozostała po powitaniu Nowego Roku część ciasta 
nadal leżakuje i czeka na najbliższy wtorek. 
Ja też czekam, choć kusi mnie natrętnie. 
Ostatnie dni wybiły mnie z rytmu, schematów, 
w których zaczynam i kończę tydzień.
Nie narzekam, lubię ten okres w roku.
Nie czynię już kolejny rok z rzędu bilansu, 
nie składam obietnic i nie zapisuję postanowień. 
Może wystarczy powinna nam wiara, 
że poradzimy sobie - w miarę naszych możliwości?
Z tym, co nas zaskoczy i z tym, na co się przezornie przygotowujemy. 
Tak czy inaczej, w pierwszym wpisie tegorocznym - 
życzę Wam pozytywnego spojrzenia na to, co przed nami.