niedziela, 25 stycznia 2026

Najprostsza drożdżówka z kruszonką

 
Mam obawę, że dzisiejszy wpis podejrzliwość w Was wzbudzi.
Zaproponuję dość nietypową metodę przygotowania ciasta drożdżowego.
Bez klasycznego zaczynu, zagniatania i odstawiania do podwajania objętości.
To ciasto przygotowuje się dwuetapowo, ale błyskawicznie. 
Do wyrabiania używamy trzepaczki ręcznej, nie wkładamy w ciasto dłoni. 
Po przygotowaniu przelewamy do formy, posypujemy kruszonką i pieczemy.
Ja oczywiście również miałam wątpliwości, co do tego przepisu skuteczności.
Już nie mam.
W związku z tym pozwólcie, że przedstawię Wam jedną 
z prostszych drożdżówek, jakie piekłam.
Przepis zaczerpnęłam z kanału YouTube " Spróbujemy! ". 
Dziękuje autorowi, za odmienne spojrzenie na pieczenie ciast z dodatkiem drożdży.

Składniki:
proporcje na formę o wymiarach 25 cm / 15 cm

2 szklanki mąki pszennej typ 450
2 jajka rozmiar L ( w temperaturze pokojowej )
1/4 szklanki oleju lub roztopionego masła
cukier z prawdziwa wanilią - 1 łyżka
szczypta soli
3 pełne łyżki drobnego cukru
20 gram świeżych drożdży
3/4 szklanki pełnotłustego, ciepłego mleka
Na kruszonkę: 
2 łyżki mąki pszennej
2 łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
1 pełna łyżka miękkiego masła

Wykonanie:

Etap pierwszy.
Do miski wbijamy jajka, wsypujemy cukier, cukier waniliowy 
i roztrzepujemy dokładnie trzepaczką ręczną, do lekkiego spienienia.
Wlewamy mleko - lekko podgrzane, przesiewamy jedną szklankę mąki, 
sól i mieszamy wszystko trzepaczką, do połączenia w jednolitą, półpłynną masę. 
Teraz, na wierzch kruszymy drożdże, ponownie mieszamy całość trzepaczką, 
wlewamy olej, mieszamy do połączenia. 
Masa powinna mieć konsystencję śmietany.
Przykrywamy miskę ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na około 15 minut. 
Drożdże w tym czasie zaczną pracować, co zauważycie 
w formie bąbelków na powierzchni masy.
Etap drugi.
Po upływie 15 minut,  do ciasta przesiewamy drugą szklankę mąki 
i ponownie mieszamy wszystkie składniki używając trzepaczki, dokładnie, 
na gładki, gęsty ale płynny krem. 
Wystarczy minutka, dwie energicznego mieszania, ubijania. 
Ciasto od razu przelewamy do przygotowanej formy keksowej 
- u mnie ceramiczna, wyłożona papierem do pieczenia. 
Wyrównujemy wierzch i posypujemy grudkami kruszonki 
zagniecionej z podanych składników.
Wypełnioną foremkę wkładamy do piekarnika rozgrzanego 
do temperatury 160 - 170 stopni, grzanie góra - dół, bez termo - obiegu. 
Pieczemy około 40 - 45 minut. Drożdżowiak wyraźnie urośnie, 
wierzch zarumieni się pod jasnozłotą, maślaną kruszonką.
Do ciasta możecie dodać troszkę ulubionych bakalii - rodzynki, żurawinę.
Ja tego nie zrobiłam, moja bułka miała być delikatnym śniadaniem,
smarowana masłem i dżemem morelowym smakowała wyjątkowo.
To przepis który może niepokoić absolutnym uproszczeniem 
zasad pracy z drożdżami, ale działa. 
Buła jest miękka, delikatna, wyrośnięta. 
Miękkość i wilgotność zachowuje długo, dzięki dodatkowi oleju roślinnego,
natomiast jeśli cenicie sobie zapach masełka w drożdżówce, 
zamienić możecie olej na rozpuszczone masło.
Przetestujcie, bez obaw.  
Dobrej - tej wyjątkowej niedzieli życzę 
- niech puszki orkiestrowe zapełnią się po brzegi :).






piątek, 23 stycznia 2026

Orzechowe ciacha z waniliowym budyniemw proszku


Nie będę oryginalna, dzisiejszy przepis to
powtórka z rozrywki sprzed kilku dni.
Ponownie proponuję kruche ciacha, z dodatkiem proszku budyniowego. 
Tym razem wersja waniliowo - orzechowa. 
Uproszczona do granic przyzwoitości, bo niewymagająca wałkowania, 
wycinania, jedynie uformowania kuleczek w dłoni. 
Tym razem naprawdę błyskawicznie, bez brudzenia niczego, 
poza jedną miską, łyżką i dłoni.
Zapraszam na orzechowe, pulchne ciacha z chrupiącą skórką, 
lekkim wnętrzem, o waniliowym ( dzięki budyniowi ) 
zapachu i maślanym posmaku. 
Przepyszne.

Składniki:
proporcje na około osiem dość sporych sztuk

2 łyżki budyniu waniliowego bez cukru
3/4 szklanki mąki pszennej tortowej typ 450
szczypta soli
2 pełne łyżki cukru pudru
3 pełne łyżki mielonych orzechów włoskich lub laskowych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
80 gram bardzo miękkiego masła
1 jajko rozmiar M

Wykonanie:
Do większej miski wsypujemy budyniowy proszek, mąkę, 
proszek do pieczenia, sól i cukier puder, przesiewamy składniki przez sitko.
Wsypujemy mielone orzechy, dodajemy mięciutkie masło 
i mieszamy wszystkie składniki łyżką lub widelcem, 
do powstania drobnych, zlepionych grudek. 
Wbijamy jajko, ponownie mieszamy, aż wszystko połączy się 
w jednolitą, troszkę lepiącą masę. 
Jeśli wydaje Wam się zbyt luźna, dosypcie łyżkę mąki.
Gotowe ciasto wkładamy do lodówki na około 30 minut.
Po schłodzeniu wyciągamy, odrywamy fragmenty większe 
od orzecha włoskiego i w dłoniach formujemy, kulamy gładkie kulki. 
Każdą kulkę delikatnie spłaszczamy i zachowując odstępy kładziemy 
na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. 
Z podanych proporcji upiekłam osiem całkiem sporych ciastek.
Wkładamy blaszkę do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni 
i pieczemy 15 minut - nie dłużej, nawet jeśli wierzch ciasteczek 
wydaje się słabo zarumieniony.
Wyciągamy i po chwili przekładamy na talerz.
Nie ukrywam, najsmaczniejsze są bezpośrednio 
po upieczeniu, jeszcze delikatnie ciepłe rozpływają się w ustach. 
Przechowane dzień lub dwa, też pozostają chrupiące i znakomite.
Piątkowe popołudnie.. klikam do Was, a odpocząć mam plan 
po dość intensywnym tygodniu.
Zastanawiam się jak w te ciacha wkomponuje się proszek 
budyniu żurawinowego, z którym dziś wróciłam z Dino.
Piec czy nie piec.. Jutro. Będzie żurawinowo. 






niedziela, 18 stycznia 2026

Kruche, budyniowe ciasteczka z dziurką


Zapraszam na maślane, śmietankowe, lekkie, chrupiące ciasteczka.
Szybkie, proste i skuteczne. 
Wymagają kilku składników, które zapewne macie pod ręką.
Ciasto przygotowałam wczesnym rankiem, 
w przerwie między zagniataniem a pieczeniem 
cieszyłam się filiżanką niespiesznej, niedzielnej kawy. 
Zanim skończyłam, ciepłe ciacha już kusząco rumieniły się na talerzu.

Składniki:
proporcje na dziesięć, sporych ciasteczek 

1 pełna szklanka mąki pszennej typ 450
1 opakowanie budyniu śmietankowego bez cukru
szczypta soli
3 łyżki cukru pudru
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 gram masła - miękkiego
1 jajko

Wykonanie:
Do dużej miski przesiewamy mąkę, budyń, cukier puder, 
proszek do pieczenia i sól - składniki przesiewamy przez sitko,
by je dobrze napowietrzyć i połączyć.
Do suchych składników dodajemy miękkie ( nie rozpuszczone ) masło, 
widelcem rozcieramy je z suchymi składnikami, 
do uzyskania struktury drobnej kruszonki lub proszku. 
Wbijamy jajko, mieszamy jeszcze chwilę widelcem,
a gdy składniki połączą się w jednolitą masę, 
szybko zagniatamy je dłonią, formując kulę.
Ciasto powinno być plastyczne, zwarte, jeśli uważacie, 
że jest zbyt lepiące, dosypcie jeszcze łyżkę lub dwie mąki.  
Uformowaną kulę chowamy na pół godziny do lodówki.
Po tym czasie wyciągamy na blat i wałkujemy na grubość 
około 0,5 cm - ja wałkuję na silikonowej podkładce, 
jeśli takowej nie posiadacie, blat kuchenny posypcie mąką.
Szklanką wycinamy ciasteczka, układamy na blaszce wyłożonej 
papierem do pieczenia, w odstępach.
Dziurki wewnątrz ciasteczek zrobiłam po prostu palcem.
Ciasteczka wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, 
pieczemy do lekkiego zarumienienia, około 15 minut - nie dłużej.
Wyciągamy i od razu przekładamy na talerz.
Ciasteczka dzięki dodatkowi proszku budyniowego są przyjemnie 
kruche, troszkę sypkie, ale przy tym wyraźnie maślane.
Smak wykorzystanego budyniu jest umiarkowanie intensywny ,
moje są śmietankowe. Jeśli preferujecie smak waniliowy 
- użyjcie budyniu waniliowego.
Z podanych składników upieczenie około dziesięciu ciasteczek.
Nadają się oczywiście do kilkudniowego przechowywania
w zamkniętym pojemniku. 
Moje ciasteczka polukrowałam lukrem z cukru pudru i soku cytrynowego.
Według mnie nie wymagają dodatkowego dosładzania posypką czy lukrem, 
ale moje ciasteczka były poczęstunkiem dla osób, które poziom zadowolenia 
z ilości cukru w cukrze mają przesunięty troszkę ku groźnie górnym normom.
Polecam moje ciasteczka, w mroźną niedzielę, rozpoczynającą zapowiedziany 
maraton kilkudniowych, bardzo mroźnych poranków.
Zachęcam, na rozgrzanie, na szybkie pieczenie i szybkie chrupanie.








niedziela, 11 stycznia 2026

Baba waniliowa, majonezowa, lekka jak puch


Czas na wypiek bardzo delikatny, pachnący wanilią, kokosem, śmietanką.
Po świątecznym, obowiązkowym maratonie piernikowym i miodowym, 
chwila detoksu - dziś nie będzie kakao, czekolady i przypraw korzennych. 
Oto prawdziwy puch w formie baby, z dodatkiem majonezu 
i budyniu, którego smak jest subtelnie wyczuwalny w cieście. 
Ja wybrałam budyń kokosowy z białą czekoladą.  
Babka wymaga dosłownie piętnastu minut przygotowania 
i krótkiego czasu pieczenia. 
Cieplutka rozpływa się w ustach, więc prawie połowę 
rozkroiliśmy zaraz po wyciągnięciu z piekarnika 
na wczorajsze, sobotnie śniadanie. 
Druga połowa, nadal równie delikatna - czeka na dzisiejsze poobiednie dopełnienie.
Polecam babeczkę z pełnym przekonaniem, 
wyprzedzając obawy o obecność majonezu w cieście.
Właśnie on jest tym składnikiem, który wpływa na bajecznie 
delikatną strukturę ciasta. Jest zupełnie niewyczuwalny.
Baba uniwersalna - na każda okazję, jako słodkie drugie śniadanie, 
do kawki, herbaty zimowej. Pięknie prezentuje się na stole nawet 
bez lukru i posypki pudrowej. 
Cytrynowy lukier oczywiście jak najbardziej do niej pasuje.
Zastanawiam się właśnie, jak baba będzie smakować 
z dodatkiem budyniu pistacjowego, który mam w szufladzie.
Niebawem się przekonam, Was namawiam,
przekonajcie się, że to przepis do którego się wraca.

Składniki:
wszystkie w temperaturze pokojowej
proporcje na babę o średnicy 23 cm

4 jajka rozmiar L
4 łyżki cukru
szczypta soli
odrobina soku z cytryny
5 łyżek majonezu - delikatnego w smaku - u mnie Winiary 
1 opakowanie budyniu bez cukru, u mnie waniliowo - kokosowy
1/2 szklanki mąki pszennej tortowej typ 450
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Wykonanie:

W małej miseczce lub szklance mieszamy suche składniki 
- mąkę budyń, proszek. Odkładamy na bok.
Oddzielamy żółtka od białek. 
Białka wkładamy do dużej miski, 
wsypujemy szczyptę soli i ubijamy na wysokich obrotach 
miksera na puszystą pianę. Pod koniec ubijania stopniowo, 
łyżka po łyżce dodajemy cukier - cały czas miksujemy, 
do zupełnego rozpuszczenia się cukru.
Gdy masa stanie się szklista i gęsta, zmniejszamy obroty miksera 
wlewamy sok z cytryny i po kolei dodajemy żółtka, 
po każdym dodaniu miksujemy około 30 sekund. 
Teraz do ubitych na sztywno jajek dodajemy majonez, 
miksujemy dosłownie kilka sekund, tylko do połączenia z masą. 
Odkładamy mikser i na raz przesiewamy do masy wszystkie suche składniki.
Mieszamy całość już tylko silikonową szpatułką, 
tak, by mąka dokładnie połączyła się z masą, nie tworząc grudek. 
Masa powinna pozostać lekka, napowietrzona. 
Przelewamy całość do formy na przygotowaną babę z kominem, 
wyrównujemy i wkładamy do piekarnika, do 180 stopni, bez termoobiegu.
Pieczemy 35 minut. Po tym czasie lekko uchylamy piekarnik 
i zostawiamy babę wewnątrz jeszcze przez około 15 minut. 
Po tym czasie wyciągamy na blat i po chwili studzenia wyciągamy ją z formy.
Pierwszy, jeszcze ciepły wykrojony kawałeczek zaskakuje najbardziej, 
sprawia wrażenie, że nie waży nic.
Smacznego :)












wtorek, 6 stycznia 2026

Ciasteczka miodowe z białą czekoladą i orzechami

 

W poprzednim poście polecającym pierniczek czekoladowy podkreśliłam, 
że to przepis pomocny w wykorzystaniu nadmiaru ciemnej czekolady.
Wyciąganej z świątecznych upominków - w tabliczkach, pralinkach, 
bombonierkach, Mikołajach.. terminy przydatności niby długie, 
ale.. tu od przybytku może zaboleć. Nie głowa.
Dziś, w ramach profilaktyki - walczymy z nadmiarem czekolady białej. 
W jednym z prezentów znalazłam trójkątną Toblerone. 
360 gram. Czekolada biała i ogromna.
Jest doskonała - jeśli lubicie białą czekoladę.
Ja owszem, ale w tym rozmiarze - nic, tylko roztapiać, mieszać i piec.
Dziś więc w Kronice kolejny przepis "zero waste".
Nawet jeśli nie przepadacie za białą czekolada, te ciasteczka docenicie.
Korzenne, troszkę pierniczkowe, troszkę maślane, 
troszkę miękkie, troszkę chrupiące. 
U mnie będzie powtórka, ponad połowa czekolady jeszcze została.
Polecam! 

Składniki:
proporcje na dwie pełne blaszki małych kuleczek

70 gram masła
80 gram białej czekolady
1/2 szklanki miodu - u mnie wielokwiatowy
1 jajko rozmiar L
1 łyżka cukru trzcinowego
2 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki przyprawy piernikowej
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczka kawy rozpuszczalnej lub zbożowej typu Inka
1/2 szklanki posiekanych ulubionych orzechów 
szczypta soli

Wykonanie:

Na małym ogniu, w rondelku o grubym dnie rozpuszczamy miód, 
czekoladę i masło. Po otrzymaniu gładkiego, jednolitego kremu, 
ściągamy rondelek z palnika i zawartość studzimy.
Po przestudzeniu dodajemy jajko, cukier i energicznie 
mieszamy do połączenia.
Do większej miski przesiewamy mąkę, proszek do pieczenia,
sodę, przyprawy korzenne, sól. 
Krem czekoladowo - miodowy wlewamy do suchych składników, 
dokładnie mieszamy, do otrzymania gładkiej, jednolitej masy.
Na koniec wsypujemy drobno posiekane wybrane orzechy, 
mieszamy i zagniatamy dłonią - ciasto powinno być dość zwarte, 
może jednak pozostać lepkie.
Owijamy je folią i wkładamy do lodówki na około 30 - 40 minut, 
w chłodzie troszkę stwardnieje i nabierze właściwej konsystencji 
do formowania kuleczek.
Tak więc, po wskazanym czasie ciasto wyciągamy z lodówki
i w dłoniach formujemy ciasteczka - kuleczki wielkości orzecha włoskiego. 
Układamy je w odstępach na blaszce wyłożonej papierem 
do pieczenia, delikatnie spłaszczamy dłonią. 
Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni 
i - uwaga - pieczemy dość krótko, by zachowały miękkie, 
delikatne wnętrze tzn. nie dłużej niż 8 - 9 minut.
Po tym czasie wyciągamy blaszkę z piekarnika, 
nawet jeśli kuleczki wydają się podejrzanie jasne lub niedopieczone 
i ściągamy ciasteczka z blaszki, do przestudzenia.
Na ciepło - niesamowicie delikatne i mięciutkie.
Po przestudzeniu - lekko chrupiące, maślane, aromatyczne.
Można przechowywać je naprawdę długo w szczelnie 
zamkniętej puszce lub słoiku. 
Byłam pewna, że zapełniona po pokrywkę puszka wystarczy na dłużej.
Przynajmniej, by przez tydzień otwierać ją o poranku 
i wyciągać kulkę, do pierwszej kawki.
Kawa ostatnio w dużym kubku, wymagała przynajmniej kuleczek trzech.








niedziela, 4 stycznia 2026

Piernik maksymalnie czekoladowy - dojrzewający


Możliwe, że tym wyjątkowym piernikiem zakończę zeszłoroczny, 
świąteczny sezon na tego rodzaju wypieki. 
Korzenne, pachnące cynamonem, goździkami i imbirem. 
Dzisiejsza propozycja pachnie dodatkowo czekoladą, kakao, miodem.
Spójrzcie na składniki - od spojrzenia zrobi się cieplej.
Ciasto dość proste w przygotowaniu, 
ale wymagające czasu na dojrzewanie. 
Im starsze, tym bardziej wyjątkowe. 
Piszę te słowa troszkę na wyrost, dając pierniczkowi kredyt zaufania,
bo jego kolejnej odsłony dokonam za dwa dni. 
Ale i tak śmiało polecam przepis wielbicielom pierników leżakujących,
staropolskich, koneserom dobrej czekolady i wytrawnych smaków. 
Z reguły po świętach miewam dylemat, jak spożytkować nadwyżkę czekolad, 
powstałą po rozpakowaniu świątecznych upominków. 
Tym razem część nadwyżki trafiła do piernika.
Sporo czekoladowych Mikołajów jeszcze czeka. 
Coś tam wymyślę.
A dziś - zachwalam tego miodowego czekoladowca i zapraszam na przepis.

Składniki:
proporcje na formę o rozmiarach 20 cm / 25 cm

200 gram gorzkiej czekolady - u mnie 64 % kakao
100 gram mlecznej czekolady - u mnie Milka
1 szklanka miodu - u mnie wielokwiatowy 
1 szklanka mleka 3,2 %
125 gram masła
2 jajka rozmiar L
1/2 szklanki cukru trzcinowego
1 płaska łyżka proszku do pieczenia 
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
3 łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki przyprawy piernikowej
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej lub zbożowej typu Inka
1/2 łyżeczki imbiru lub mielonych goździków
2 1/2 szklanki mąki pszennej tortowej
szczypta soli
opcjonalnie dodatki: pokrojone ulubione orzechy, 
posiekana drobno gorzka czekolada

Wykonanie:
Do dużej miski przesiewamy suche składniki - mąkę, 
przyprawy korzenne, kakao, kawę, sól, proszek do pieczenia i sodę. 
Odkładamy miskę na bok na czas przygotowania składników płynnych.
Do rondelka wkładamy masło, miód, drobno połamane czekolady, 
wlewamy mleko i rozpuszczamy całość, podgrzewając 
na małej mocy palnika, cały czas mieszając. 
Po połączeniu składników w jednolitą masę,
zestawiamy rondelek z palnika i studzimy 
( masa może pozostać lekko ciepła ).
Do oddzielnej miski wbijamy jajka, wsypujemy cukier 
i ubijamy na wysokich obrotach miksera na puszystą, 
białą, kremową masę - około 5 minut.
Do ubitych jaj wlewamy powoli czekoladową masę, 
początkowo miksujemy na wolnych obrotach,
pod koniec proponuję mieszanie łopatką lub łyżką, 
bo rozrzedzona masa może zacząć pryskać.
Teraz do czekoladowej bazy przesiewamy suche składniki
i miksujemy całość powoli, delikatnie i krótko, tylko do połączenia. 
Ciasto powinno być gęste, ale pozostać półpłynne.
Jeśli chcecie dodać orzeszki lub kawałeczki czekolady 
- dodajcie je teraz i delikatnie połączcie z ciastem.
Przelewamy gotową masę do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia 
i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 165 - 170 stopni, 
bez termoobiegu i pieczemy około 70 minut.
Po tym czasie sprawdzamy wykałaczką, czy wnętrze jest suche,
jeśli tak - wyłączamy piekarnik i zostawiamy ciasto wewnątrz, 
przy uchylonych drzwiczkach, na około 15 minut.
Po tym czasie wyciągamy i studzimy zupełnie.
Wystudzony piernik musi nabrać mocy, 
więc po wykrojeniu testowego kawałka, 
cały wypiek zawijamy w papier lub folię i odkładamy, by dojrzał. 
Po kilku dniach stanie się jeszcze bardziej intensywny - czekoladowy, 
miodowy, korzenny, miękki. Myślę, że minimalny okres leżakowania 
to trzy dni, ale warto zostawić go w szczelnym zawiniątku około tygodnia. 
Po tym czasie do perfekcji brakuje tylko jednego akcentu,
grubej warstwy polewy czekoladowej - u mnie z białej czekolady.
Polecam również mleczną, która złagodzi intensywny, wytrawny smak ciasta.
Mój piernik piekłam tydzień temu, by po trzech dniach 
był ciastem sylwestrowym, 
a po kolejnych kilku - ciastem na dzień Trzech Króli. 
Tak więc pozostała po powitaniu Nowego Roku część ciasta 
nadal leżakuje i czeka na najbliższy wtorek. 
Ja też czekam, choć kusi mnie natrętnie. 
Ostatnie dni wybiły mnie z rytmu, schematów, 
w których zaczynam i kończę tydzień.
Nie narzekam, lubię ten okres w roku.
Nie czynię już kolejny rok z rzędu bilansu, 
nie składam obietnic i nie zapisuję postanowień. 
Może wystarczy powinna nam wiara, 
że poradzimy sobie - w miarę naszych możliwości?
Z tym, co nas zaskoczy i z tym, na co się przezornie przygotowujemy. 
Tak czy inaczej, w pierwszym wpisie tegorocznym - 
życzę Wam pozytywnego spojrzenia na to, co przed nami.










niedziela, 14 grudnia 2025

Piernik bardzo miodowy z mąką żytnią


Sagi piernikowej ciąg dalszy. 
Kilku poprzedników upieczonych wcześniej,
nie wystąpi w Kronice, bo czegoś jakby...zabrakło. 
Nie do perfekcji - o gustach nie dyskutujemy.
Ten natomiast złoty efekt piernikowych poczynań,
musi znaleźć tu swoje miejsce. 
W zasadzie to miodownik.
Nie wymaga przekładania, ozdabiania, niczego. 
Niech tak sobie stoi, a stać może bardzo długo. 
Niech kusi i złotem miodowym wzrok przyciąga. 
Bardzo delikatny, miękki i naprawdę prosty w wykonaniu. 
Jeszcze jest czas, by przetestować przed świętami czy to ten. 
Może zastąpi tradycyjny - staropolski, 
lub pierniki, które przez wieloletnie zasiedzenie w zestawie 
menu rodzinnego po prostu się pojawiają. 

Składniki:
proporcje na formę o rozmiarach 15 cm / 25 cm

3/4 szklanki miodu wielokwiatowego lub innego, jasnego
1/2 szklanki rozpuszczonego masła
1 szklanka mąki pszennej
1/3 szklanki mąki żytniej
1/3 szklanki mąki orkiszowej
1/4 szklanki mleka ( około 60 ml )
1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
3 - 4 łyżeczki przyprawy korzennej do pierników
1/2 łyżeczki mielonych goździków
1 łyżeczka kakao
szczypta soli
1/2 szklanki ulubionych orzechów - posiekanych drobno

Wykonanie:

Oddzielamy białka od żółtek. 
Białka wlewamy do dużej miski i ubijamy ze szczyptą soli na puszystą pianę.
Wsypujemy łyżkę cukru, ubijamy jeszcze chwilkę na wysokich obrotach.
Następnie dodajemy pojedynczo żółtka - po każdym miksując około pół minuty.
Do puszystej piany wlewamy miód ( koniecznie płynny ),
miksujemy na zwolnionych obrotach miksera do uzyskania jednolitej masy.
Teraz wlewamy rozpuszczone i przestudzone masło i mleko, 
ponownie krótko miksujemy, tylko do połączenia.
W osobnej misce łączymy wszystkie suche składniki - mąki, 
przyprawy, sodę, proszek, kakao.
Suche składniki przesiewamy do mokrych 
i mieszamy krótko, tylko do połączenia.
Na końcu dodajemy orzechy.
Tak przygotowane, dość gęste ciasto przelewamy do formy 
wyłożonej papierem do pieczenia, wkładamy do piekarnika 
rozgrzanego do 170 stopni, pieczemy około 45 -50 minut.
Powinien pięknie wyrosnąć, zarumienić się.
Dla pewności warto zrobić test suchego patyczka. 
Upieczony pierniczek około 5 minut zostawiamy w piekarniku, 
po tym czasie wyciągamy i studzimy zupełnie.
Dziś mój wypiek ( jego uratowana piętka ) ma ukończone dziesięć dni. 
Nadal miękki, delikatny, naprawdę rozpływa się w ustach. 
Smak miodu wyraźnie dominuje nawet nad przyprawami korzennymi, 
ale właśnie za to uwielbiam miodowniki. 
I również dlatego ogromne znaczenie ma smak wykorzystanego miodu,
nie polecam tych zbyt intensywnych w smaku, takich jak gryczane, spadziowe.