W poprzednim poście polecającym pierniczek czekoladowy podkreśliłam,
że to przepis pomocny w wykorzystaniu nadmiaru ciemnej czekolady.
Wyciąganej z świątecznych upominków - w tabliczkach, pralinkach,
bombonierkach, Mikołajach.. terminy przydatności niby długie,
ale.. tu od przybytku może zaboleć. Nie głowa.
Dziś, w ramach profilaktyki - walczymy z nadmiarem czekolady białej.
W jednym z prezentów znalazłam trójkątną Toblerone.
360 gram. Czekolada biała i ogromna.
Jest doskonała - jeśli lubicie białą czekoladę.
Ja owszem, ale w tym rozmiarze - nic, tylko roztapiać, mieszać i piec.
Dziś więc w Kronice kolejny przepis "zero waste".
Nawet jeśli nie przepadacie za białą czekolada, te ciasteczka docenicie.
Korzenne, troszkę pierniczkowe, troszkę maślane,
troszkę miękkie, troszkę chrupiące.
U mnie będzie powtórka, ponad połowa czekolady jeszcze została.
Polecam!
Składniki:
proporcje na dwie pełne blaszki małych kuleczek
70 gram masła
80 gram białej czekolady
1/2 szklanki miodu - u mnie wielokwiatowy
1 jajko rozmiar L
1 łyżka cukru trzcinowego
2 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki przyprawy piernikowej
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczka kawy rozpuszczalnej lub zbożowej typu Inka
1 łyżka cukru trzcinowego
2 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki przyprawy piernikowej
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczka kawy rozpuszczalnej lub zbożowej typu Inka
1/2 szklanki posiekanych ulubionych orzechów
szczypta soli
szczypta soli
Wykonanie:
Na małym ogniu, w rondelku o grubym dnie rozpuszczamy miód,czekoladę i masło. Po otrzymaniu gładkiego, jednolitego kremu,
ściągamy rondelek z palnika i zawartość studzimy.
Po przestudzeniu dodajemy jajko, cukier i energicznie
mieszamy do połączenia.
Do większej miski przesiewamy mąkę, proszek do pieczenia,
sodę, przyprawy korzenne, sól.
Krem czekoladowo - miodowy wlewamy do suchych składników,
dokładnie mieszamy, do otrzymania gładkiej, jednolitej masy.
Na koniec wsypujemy drobno posiekane wybrane orzechy,
mieszamy i zagniatamy dłonią - ciasto powinno być dość zwarte,
może jednak pozostać lepkie.
Owijamy je folią i wkładamy do lodówki na około 30 - 40 minut,
w chłodzie troszkę stwardnieje i nabierze właściwej konsystencji
do formowania kuleczek.
Tak więc, po wskazanym czasie ciasto wyciągamy z lodówki
i w dłoniach formujemy ciasteczka - kuleczki wielkości orzecha włoskiego.
Układamy je w odstępach na blaszce wyłożonej papierem
do pieczenia, delikatnie spłaszczamy dłonią.
Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni
i - uwaga - pieczemy dość krótko, by zachowały miękkie,
delikatne wnętrze tzn. nie dłużej niż 8 - 9 minut.
Po tym czasie wyciągamy blaszkę z piekarnika,
nawet jeśli kuleczki wydają się podejrzanie jasne lub niedopieczone
i ściągamy ciasteczka z blaszki, do przestudzenia.
Na ciepło - niesamowicie delikatne i mięciutkie.
Po przestudzeniu - lekko chrupiące, maślane, aromatyczne.
Można przechowywać je naprawdę długo w szczelnie
zamkniętej puszce lub słoiku.
Byłam pewna, że zapełniona po pokrywkę puszka wystarczy na dłużej.
Przynajmniej, by przez tydzień otwierać ją o poranku
i wyciągać kulkę, do pierwszej kawki.
Kawa ostatnio w dużym kubku, wymagała przynajmniej kuleczek trzech.





































